Muzyka: Moonstone – Mysterious Game [recenzja]

Moonstone - Mysterious GameW chwili, gdy piszę tę recenzję minęło właśnie równe pół roku od premiery płyty Moonstone – „Mysterious Game”. To również pół roku od koncertu z okazji premiery tej płyty, którego każdą sekundę pamiętam do dziś. Wiele refleksji nasuwa mi się po jej przesłuchaniu, i tymi refleksjami chciałem się z tej okazji podzielić.

Płyta zaczyna się utworem „Sleepless Night”. Niby tradycyjnie rockowo, z ciągotami do bluesa, a jednak nie jest to taki standardowy kawałek. Ziemek na wokalu ma zupełnie inny głos niż gdy się z nim rozmawia na osobności. Jak on z siebie wydobywa te dźwięki ze strun głosowych, tego nie wie żaden laryngolog 🙂 Jego jakość wokalu stawiam na równi wysoko z Holly Blue oraz Igą S.

Drugi numer: „Cry Of The Owls Part VI” to mój faworyt. Można się głęboko zatopić w dźwiękach i zapomnieć w najdalszych marzeniach. Hipnotyzujący głos Anety Romańczyk (gościnna wokalistka, która wiele wnosi do muzyki Moonstone) powoduje znieruchomienie ciała i poddanie się wszystkiemu. Wszystkiemu, choć tak naprawdę nie wiadomo czemu, ponieważ wszystko dookoła traci swoją postać i ciężko w tym momencie zdefiniować miejsce i czas w którym się słuchacz znajduje. Słuchając tego numeru zostaje się sam na sam z muzyką, pozbawionym kontaktu z otoczeniem. Nie wiadomo co się wokół dzieje. To cud, że cokolwiek jestem w stanie napisać.

„Mysterious Game” – to z tego utworu wzięła się nazwa płyty. Wciąż będąc w głębokim stanie po poprzednim numerze, gdzieś podświadomie zdajemy sobie sprawę, że zmieniamy swoje miejsce bytu i wyruszamy poza sferę swoich marzeń z poprzedniego utworu. Jak bardzo daleko? Nie wiem, to zbyt daleko żeby zmierzyć. Wiele słychać tu barw syntezatora, który nadaje koloru brzmienia.

Zostawiamy na chwilę lot z marzeniami, zostawiamy wszystko w tyle, by wsłuchać się w czwóreczkę: „Leaving It All”. Wybudzamy się ze snu, aby trochę pofalować na Ziemi i poczuć swoje ciało. Poziom endorfin w tańcu rośnie, a wraz z nimi krew szybciej płynie dając pozytywną energię, która promieniuje na ludzi znajdujących się obok.

Nie jestem pewien, ale zmierzamy chyba do połowy płyty z piątym utworem „I Dont Care”. Trochę luźniej od „Leaving It All”, ale dopasowane klimatycznie. Czas na łyk chłodnego złotego trunku i przystawienie drugiego ucha do głośnika, aby poczuć powoli narastające napięcie…

… napięcie, które niespodziewanie uspokaja się w kolejnym numerze: „Cry Of The Owls (Part I & II)”. I znowu wracamy do punktu wyjścia z drugiego utworu (ale tylko na chwilę). Zaczyna się transowo, by później powolnymi krokami, z sekundy na sekundę stawało się coraz bardziej progresywnie. W połowie nagle się zatrzymujemy i znowu wracamy do krainy marzeń. Te nagłe zmiany napięcia zmieniają także tętno serca i ilość gęsiej skórki na ciele. W tym momencie wokalista Ziemek wciela się w Anetę z drugiego utworu i powtarza sekwencję w z pozoru identyczny sposób. Mrocznie, głęboko i znowu hipnotycznie, ale jednak trochę inaczej.

„Rebirth” – tutaj mała przerwa od ucieczki od rzeczywistości. Wyciszenie się, aby skontrolować rzeczywistość. Cisza… wszystko w normie… przynajmniej tylko tak się wydaje… Gasimy światła i się w spokoju wsłuchujemy. Szkoda że tak krótko, bo tylko dwie i pół minuty.

„The Painter” to odpowiednik pierwszego „Sleepless Night”, tyle że szybciej. Okazja aby postukać palcami o blat stołu lub stopami o podłoże. Luzacko, płynnie, tak totalnie beztrosko.

Zbliżamy się do przedostatniego utworu: „Forever”, odpalamy papierosa i łapiemy chwilę, która jest tak ulotna. Ulotna, ale nie w muzyce, szczególnie, że znowu do akcji wkracza wokalistka Aneta Romańczyk (w „The Painter” nie była tak zauważalna), która wydłuża czasoprzestrzeń na naszą korzyść.

I tak doszliśmy do końca płyty, którą zamyka „Marcelina”. Początek zaczyna się klawiszami, które przypominają melodię Dżemu z „Sen o Victorii”. Przypadek? Ale tylko początek się tak kojarzy. Dalej znowu Ziemek udowadnia swój potencjał wokalny bardzo głębokim śpiewem, brzmiącym jak wołanie z daleka.

Płyta zespołu Moonstone jest zdecydowanie najlepszą płytą w mojej kolekcji z roku 2013, a płyt przesłuchanych w zeszłym roku miałem z kilkadziesiąt, ale żadna nie była tak dobra jak Moonstone. Dodam także, że z tą płytą mam bardzo miłe wspomnienia, wiele radosnych chwil w życiu, które niestety nie trwają wiecznie. Na szczęście pamięć nie pozwoli zapomnieć tych chwil (za co dziękuję), dlatego tak wiele sentymentów pozostanie w głowie, sercu i uszach.

Zespół Moonstone

Zobacz też:


Mały kotekZa każdym razem kiedy zapominasz dać lajka pod wpisem, gdzieś na świecie ginie mały kotek:
Śledź mnie na Feedly

Komentarzy: 2

  1. Czarna

    Nie wiem co powiedzieć. Po przeczytaniu tej recenzji oszalałam. Jeśli jest tak dobra to gdzie można zdobyć tą płytę? W internecie jej nie ma.

    Odpowiedz
    1. moonstone

      Płyta będzie niebawem dostępna wysyłkowo – proszę zaglądać na naszą witrynę – http://www.moonstone.pl Pozdrawiam 🙂

      Odpowiedz

Wypowiedz się

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ten wpis przeczytano 937 razy
s