Recenzja: Gotye – „Making Mirrors”

Gotye Making Mirrors okładka

Czy Ty też odnosisz takie wrażenie, że gdziekolwiek nie spojrzysz, tam widzisz Gotye? Otwierasz Facebooka – Gotye zasypujący ścianę Twoich znajomych. Włączasz komunikator – 5 razy dziennie ktoś podsyła Ci link Youtube do Gotye. Wychodzisz z domu, wsiadasz w autobus, a tam małolaty siedzące z tyłu puszczające wszystkie na raz na cały regulator Gotye z telefonu. Mało tego: wchodzę do kumpla, idę skorzystać z jego toalety, patrzę na kafelki na ścianie – widzę w kafelkowym wzorze okładkę Gotye. Nieee! Gotye jest wszędzie! Siostro! Kaftan!

Słuchając około 20 razy dziennie tego samego kawałka (mowa o kluczowym „Somebody That I Used To Know”, od którego nie da się uwolnić) można się porzygać. Na każdej stacji radiowej jakiś słitaśny pałerplej puszczający co godzinę ten sam wałek. Przełączasz na inną stację – to samo. Pozostaje mi się cieszyć że nie oglądam telewizji, bo bym tego nie zdzierżył.

Czy faktycznie jest tak źle? Nawet najlepszym sexem można się znudzić gdy jest za często uprawiany. Podobne jest z płytą „Making Mirrors„, którą stworzył Gotye. Gdyby nie fakt, że utwór „Somebody That I Used To Know” promujący tą płytę jest puszczany zbyt często i przejadł się okropnie, można by uznać że jednak płyta jako całokształt nie jest taka zła.

Postanowiłem nie włączać radia przez kilka dni, nie czytać wpisów znajomych na Facebooku, a przez miasto iść ze słuchawkami na uszach separującymi mnie od otoczenia, żeby przypadkiem nie usłyszeć w tle wiadomo czego. Po tym krótkim eksperymencie rozpocząłem w zaciszu domowym przesłuchiwać całą płytę w celu sporządzenia w miarę obiektywnej recenzji. Postanowiłem także, że płytę przesłucham tylko raz, bez powtarzania, aby znowu się nie porzygać. Jaki był tego efekt? Płyta weszła w ucho jak nie powiem co z masełkiem. Niestety jak szybko do ucha weszła, tak szybko wyszła. Linie melodyczne w ogóle nie pozwalają żeby je zapamiętać, a już nie mówiąc o zanuceniu. Cóż z tego, że niektóre texty są ciekawe, skoro muzyka wszystko psuje? I tu bynajmniej nie chodzi o fałszowanie, bo tutaj nie ma się do czego doczepić, tylko sam fakt jałowości brzmienia. Co ciekawe, hiciorami stają się te kawałki, które łatwo wpadają w ucho. Tu jest zupełnie na odwrót. Czy stanowi to podstawę do nadziei że ta płyta szybko przepadnie w niepamięć?

Miało być obiektywnie. Cóż, może następnym razem.


Zobacz też:


Mały kotekZa każdym razem kiedy zapominasz dać lajka pod wpisem, gdzieś na świecie ginie mały kotek:
Śledź mnie na Feedly

Wypowiedz się

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ten wpis przeczytano 463 razy
s