Park Morderców

Muzyka: Ananke – Shangri-la [recenzja]

Ananke - "Shangri-la"

Już od pierwszych dźwięków tej płyty niosło mnie wiele skojarzeń. Gdzieś ja to już wcześniej słyszałem. Chodziłem po domu, krzątając się niespokojnie próbując sobie przypomnieć gdzie słyszałem to brzmienie podobne do płyty Ananke. Dopiero odpalając sobie wieczorem emulator komputera Amiga, odnalazłem to, co przez cały dzień poszukiwałem. Czy to tylko mnie płyta „Shangri-La” kojarzy się z amigową demosceną?

Wychowany na oldschoolowej muzyce 8 i 16 bitowej, zakorzeniony mocno w specyficznych samplach, gdzieś w podświadomości odkopała się gama demoscenowych skojarzeń z wyrwanych kontekstu brzmień płyty. Co dziwne, płyta ta nie ma nic wspólnego z moimi skojarzeniami (chyba). To całe zjawisko trochę odwróciło mi uwagę od czegoś istotniejszego: tekstów. Skupmy się zatem na treści, zamiast skakać po skojarzeniach. Słowa do muzyki tej płyty stworzone są na tyle w niebanalny sposób, że nawet próba zapamiętania ich może spełznąć na niepowodzeniu. Dopiero po którymś odsłuchaniu można zacząć te słowa przywracać w myślach, nucąc do progresywnej muzyki. Muzyki, która staje się mistyczną podróżą przez niekończący się tunel wyobraźni. Wyobraźni nie takiej, jaką sobie wyobrazimy, lecz taką, na której tory kieruje nas zespół. To oni stanowią tutaj rolę sternika trzymającego kurs naszej podróży muzycznej. Przez cały czas prowadzą nas swym torem wabiąc swą zagadkową jak na rocka muzyką. Oprócz zalet jest jednak jedna wada: słuchanie płyty „Shangri-la” nie pozwala wyskoczyć z muzycznego tunelu przed jego końcem. Od tej płyty nie ma ucieczki na skróty.

Zobacz też:


Mały kotekZa każdym razem kiedy zapominasz dać lajka pod wpisem, gdzieś na świecie ginie mały kotek:
Śledź mnie na Feedly

Wypowiedz się

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

465
s