Muzyka: The Prodigy – The Day Is My Enemy [recenzja]

The Prodigy - The Day Is My Enemy

Czy kiedykolwiek wrzucił ktoś do Twojego pomieszczenia petardę i zrobił straszną rozpierduchę? Ja tak mam przy każdym nowo wydanym albumie The Prodigy. Na nowy album „The Day Is My Enemy” trzeba było czekać aż sześć lat, po ostatnio wydanym „Invaders Must Die”.

W porównaniu z zeszłym albumem daje się odczuć próby powrotu do korzeni zespołu. Może korzeni nie aż tak odległych jak za czasów tanecznego albumu „Experience” lub „Music For The Jilted Generation”. Bliżej mu raczej do rockowego „The Fat Of The Land”, okraszonego dużą dawką elektrycznego pierdolnięcia.

Skoro o pierdolnięciu mowa, słuchacze The Prodigy zostali do tego przyzwyczajeni, że każde nowe wydanie daje im kolejny potężny ładunek dla uszu. W najnowszym albumie najwięcej ładunku można usłyszeć w utworze „Rok-Weiler”. Mocno drumandbassowy, dynamiczny, z dużą dawką gitar oraz ze znanym od samego początku istnienia zespołu syntezatorem.

Każde nowe wydanie The Prodigy stanowiło kolejny krok naprzód w rozwoju zespołu. Tym razem chłopaki postanowili się cofnąć. Co ciekawe, to cofnięcie to kolejny krok do przodu. Z pewnością ucieszy ten fakt oldschoolowych fanów zespołu. Szkoda tylko, że nie ma tu żadnego utworu, który mógłby stać się historycznym hiciorem odnoszącym takie sukcesy jak „Firestarter”. Kolejny album dopiero w 2021 roku? Nie każmy sobie znowu tak długo czekać.

Posłuchaj klip „Nasty” z najnowszego albumu:

Zobacz też:


Mały kotekZa każdym razem kiedy zapominasz dać lajka pod wpisem, gdzieś na świecie ginie mały kotek:
Śledź mnie na Feedly

Wypowiedz się

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ten wpis przeczytano 653 razy
s